wtorek, 22 stycznia 2013

Mieszkam w ogrodzie



„Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście…”

Znacie tę piosenkę? Nie pamiętam, kto jest jej autorem. Śpiewałam ją dawno temu wraz z całą klasą na lekcjach muzyki. Zapamiętałam cały jej refren. Przez lata mimo woli przewijała się przez moje myśli. Często przypominałam sobie o niej zupełnie niespodziewanie. Snuła się za mną jak cień.
Tym razem przypomniałam sobie o niej podczas rozmyślań o ogrodzie. Każdy z nas ma przecież swój ogród. Albo plac. Budynek. Pałac. Wieżę. Chatę. Miejsce, w którym się znajdujecie i które jednocześnie jest Wami. Miejsce, które dla każdego wygląda trochę inaczej.



Jestem prawie pewna, że w moim przypadku jest to ogród. Otoczony murem z czerwonej cegły. Mur sprawia wrażenie potężnego i niemożliwego do przebycia, ale to tylko pozory, które tworzy gęsto obrastający go bluszcz. Mimo to mile widziane jest, gdy potencjalny odwiedzający pofatyguje się i poszuka furtki, zapyta o klucz, nie będzie próbował wleźć do niego za wszelką cenę nieproszony, przesadzać kwiaty, przycinać trawę, pryskać drzewa środkami chemicznymi.  Niektórzy nie potrzebują nawet klucza – zostawiam im furtkę otwartą, muszą jedynie odnaleźć ją wśród liści, gałęzi i pnączy i nacisnąć klamkę.
Pisanie stanowi taką furtkę. Albo dziurę w murze.
Każdy, kto wejdzie do ogrodu, zostawi w nim jakieś ślady swojej obecności. I w tym tkwi problem – kogo wpuścić, a kogo nie? Czyje ślady będą dla ogrodu ozdobą i okazją do wspominania, a które będę się starała (zapewne nieskutecznie) zatrzeć? Mogę tylko próbować przewidzieć.



W ogrodzie jest kolejny mur i kolejny ogród. Ten drugi mur jest jednak znacznie grubszy i wyższy. Tego muru nie da się przeskoczyć ani przejść. Ten fragment ogrodu jest najcenniejszy. Dlatego boję się kogokolwiek tam wpuszczać – nie chcę zostać okradziona. Nie chcę, by go zniszczono.
Nie, nie znaczy to, że jestem zamknięta na świat i unikam kontaktów! Rzecz w tym, że różni ludzie wiedzą o mnie różne rzeczy. A gdyby to wszystko zebrać i wrzucić do jednego kotła, to wyszedłby wyjątkowo niestrawny bigos, obawiam się. Dlatego kocioł z tą mieszanką także trzymam za grubym murem. Może gdybym kogoś tam wpuściła, dodałby odpowiednich przypraw, poświęciłby potrawie nieco uwagi i wszystko poprawił. Albo jeszcze bardziej namieszał. Albo po prostu wystraszyłby się tego, co zobaczy.
Z ogrodu przeszłam do kuchni, więc chyba pora coś zjeść. Koniec tych dygresji i metafor. Żegnam, zostawiając Wam kolejną otwartą furtkę :)


wtorek, 15 stycznia 2013

Miejsca niepozorne




                Ostatnio zaczęłam poświęcać więcej uwagi miejscom niepozornym. Zauważyłam, że do kilku takich miejsc jestem przywiązana.
                Do miejsc niepozornych łatwiej jest się przywiązać – ponieważ same w sobie nie są atrakcją, naszą uwagę przykuwa historia, która się z nimi wiąże, ludzie, którzy w nim przebywają. I dlatego staje się ono żywe. I chce się do niego wracać. Ale doświadczają tego tylko ci, którzy potrafią patrzeć przez jego niepozorność.
                Opowiem Wam o jednym z takich miejsc, choć jestem pewna, że każdy mógłby przytoczyć tu własną historię.
                W nie najpiękniejszej części mojego miasta, obok wyjątkowo smętnie wyglądającego boiska z bieżnią stoi niewielki budynek. Jest tak mały i tak obskurny, że przez długi czas myślałam, że do niczego nie służy. Nie zauważałam, że popołudniami świeci się w nim światło, że poruszają się jakieś cienie, że za oknem widnieje coś kolorowego. Nie zauważałam nawet samego budynku, w mojej pamięci utrwaliła się jedynie informacja o tym, że istnieje. Do czasu.
                Dziś, gdy zasiadałam za sztalugą, czułam, jakby ktoś podstawił mi pod nos kubeł zimnej wody w wyjątkowo upalny dzień. Wyjęłam dużą, białą kartkę. Miałam ochotę na pracę na dużym formacie.
- Co tam nabazgrałaś? – zapytała żartobliwie koleżanka, wchodząc do pracowni.
- Nic. Jeszcze nie zdążyłam niczego zepsuć – uśmiecham się.
                Dziewczyna spogląda na kartkę, unosi kciuk do góry.
Zima według A. Muchy
- No, jest dobrze. Oby tak dalej – szczerzy się do mnie.
                Nie zaczynam pracy od kilku niewinnych pociągnięć pędzla, choćby dla wypróbowania, czy odcień na pewno będzie pasował. O nie, nie tym razem. Tym razem pozwalam, by pędzel ledwo trzymał się mojej dłoni, by tańczył po bieli beztrosko, zwinnie, z wprawą. Zupełnie jak palce mojego przyjaciela na klawiszach pianina. Tak jak one wygrywały melodię, której mogłabym słuchać w nieskończoność, tak mój pędzel ciągnął po kartce nieprzerwaną linię. Tworzył historię. Zmieniał kąt, zwalniał, zatrzymywał się, a potem rozpoczynał kolejną serię szybkich pociągnięć.
                Tworząc, wpatrywałam się w to, co już stworzyłam. Pozwoliłam, by uleciały ze mnie wszystkie towarzyszące mi przez ostatni miesiąc obawy, lęki, wahania, poczucie niezdecydowania. I osamotnienia. Nie byłam przecież sama. Byłam ze sobą. I czułam się niezwykle, lub, jak ostatnio zwykłam mawiać, magicznie. :)

Czekam na koncert SOADu. Czekam z niecierpliwością. Odliczam dni!


System Of A Down - ATWA
Faith No More - Rv (lub, jak mawia mój kolega - "Wampirzy Walczyk")
                

sobota, 5 stycznia 2013

Przez Księżyc do Słońca


                
Idę wąską ścieżką wzdłuż ściany lasu, tuż za linią zabudowań, wśród których znajduje się także mój dom. Chłodne, styczniowe powietrze mrozi mi uszy i nos. No tak, znów zapomniałam czapki! Pies biega wokół mnie jak szalony, biała końcówka jego ogona jest ledwie dostrzegalna w półmroku.
                Ścieżkę wybrałam automatycznie, od domu zawsze idę w tę samą stronę. Unoszę głowę wyżej, spoglądam daleko przed siebie…
                I widzę księżyc. Nie jest to jednak codzienny widok – blask świetlistego owalu łagodnie przebijał się zza zasłony postrzępionych chmur. Przypominał zawieszoną w powietrzu błyskawicę albo wyjątkowo bladą twarz panny młodej nakrytą delikatnym welonem. Tajemniczy i pociągający, aż trudno było mi zatrzymać się i nie iść w jego stronę. Możecie zarzucić mi bezsensowne podniecanie się byle księżycem, ale to był urzekający widok, uwierzcie!
                Szłam dalej przez siebie, zadowolona z tego, że zapowiada się zimna, ale za to piękna noc. Po kilku minutach coś mnie tknęło by obejrzeć się za siebie. Zorientowałam się, że odkąd wyszłam z domu, cały czas parzę tylko w jedną stronę. Obróciłam się więc by obrzucić krótkim spojrzeniem krzaki i ścieżkę, które zostawiałam za sobą.
                I zobaczyłam słońce, a właściwie jego pozostałości – porozrzucane po niebie promienie, układające się w fantazyjne, żółto-niebiesko-zielone wzory, na których tle majaczyły smukłe i wyniosłe sylwetki drzew. To nie był ciepły, pomarańczowy zachód słońca, jaki zwykle widuje się na zdjęciach i pocztówkach. Ten zachód był zimny. A może tylko taki się wydawał przez to chłodne powietrze? Zaczęłam się zastanawiać, jak niebo wyglądało z tej strony przed dwiema minutami, przed minutą… Dzień dobiegał końca, a ja, zamiast spróbować go gonić i choć odrobinę dłużej cieszyć się jego urokami, dobrowolnie skierowałam się w stronę nocy. Księżyc wygrał ze słońcem. Czy powinnam żałować?
            Miłego wieczoru, kochani!

'Nie biegnij za szybko przez życie, bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. A gdy serce twe przytłoczy myśl, że żyć nie warto, z łez ocieraj cudze oczy, chociaż Twoich nie otarto.'


A, zapomniałabym - znalazłam wreszcie kogoś, z kim mogę pisać listy! ^^

środa, 19 grudnia 2012

Przesypiam czas


                
Szkoda, że słowa nie cisną się na usta z taka łatwością, jak wypływają spod sunącego miękko po kartce pióra. Albo jak spod palców, bębniących nierytmicznie w klawiaturę. Może dlatego tak popularne są rozmowy na czacie.
                Naszła mnie ochota, aby napisać do kogoś list. Muszę tylko zdecydować, do kogo mam go napisać. Jak już wybiorę osobę, treść zapewne sama się nasunie. Otrzymywanie wiadomości za pośrednictwem koperty i listonosza jest ekscytujące. Gdy drżącymi rękami rozkładam kartkę papieru, na której znajdują się skrupulatnie lub zamaszyście wyrysowane litery, czuję się niemalże podniecona. Dotykam wypisanych słów, wiem, że są wśród nich myśli, jakie błądziły na krawędzi świadomości osoby piszącej ten list. Wiem, że te myśli mogły mnie dotyczyć. Musiały mnie dotyczyć. Zapach wysuniętej z koperty kartki zawiera wspomnienie domu, skrzynki na listy, torby listonosza… I jest w nim coś jeszcze, coś charakterystycznego, może przypadkowego.
              


                Już druga połowa grudnia, parę dni i Sylwester… Myśleliście o minionym roku? Rozpamiętywaliście go? Zastanawialiście się, czy przyniósł jakąś zmianę, czy upłynął niczym rzadki miód z łyżki? Sama jeszcze nie pogrążyłam się w rozmyślaniach i nie wiem, czy mam zamiar to robić. Czas to wszakże w aspekcie filozoficznym jedynie wytwór naszego umysłu. Co z tego, że trwanie materii potwierdza jego istnienie? Może to on ratuje nas przed pogrążeniem się w chaosie, a może gdyby go nie było, nareszcie zapanowałby spokój.
                Zbawieniem, a zarazem przekleństwem czasu jest to, że ucieka jak piasek przez palce i dopiero po pewnym czasie zauważamy, że przesialiśmy już całe metry plaży. Z całego naszego życia zapamiętujemy tylko chwile, urywki. I tylko od nas zależy, na jak długo je zapamiętamy.
                Dla mnie ten rok był trochę taki, jakbym śniła. Na przemian zasypiałam i budziłam się w zupełnie innej bajce, a ciągła zmiana rzeczywistości zaczęła stawać się jedynym stałym elementem kompozycji stworzonej z 12 miesięcy i 4 pór roku. Jedne z tych snów były świadome, na inne nie miałam wpływu.
                Swoją drogą, czy pamiętacie jakiś swój świadomy sen? Podobno każdy z nas śni taki sen przynajmniej dwa razy w życiu. Świat ludzkiej podświadomości zawsze mnie fascynował, lubię zgłębiać go w wolnych chwilach, spisywać sny i zastanawiać się nad nimi. Dopasowuję szczegóły ze snu do prawdziwych zdarzeń, tworząc niezwykłą mozaikę, którą sama mogę potem podziwiać. Czy to możliwe, by jedni z nas mieli z ciekawsze sny od innych? Czy w ten sposób może przejawiać się nasza kreatywność lub niezwykłość? 




poniedziałek, 3 grudnia 2012

Ewolucja pachnąca mokrą sierścią uciekającego królika




Iście porąbany tytuł, wiem. Zaraz spieszę z wyjaśnieniami, a będą one ułożone zgodnie z tytułem i po kolei. I wszystko stanie się przejrzyste. A przynajmniej mnie marzy się, aby takie było.
Wszystko to tyczy się minionego tygodnia, z którego wspomnienia prześladuję mnie całymi dniami, a w nocy dbają o to, bym przypadkiem nie śniła o czymś niezgodnym z ich treścią. No, temat ewolucji może aż tak mnie nie prześladuje. Zaczęłam się nad nim zastanawiać podczas cotygodniowej lekcji angielskiego z moim przemiłym nauczycielem, który zawsze pyta mnie, czy napiję się kawy lub herbaty. I jakoś tak wyszło, że poprzez szeroko rozumiane dygresje i wzajemne przypominanie sobie o czymś, doszliśmy do tematu ewolucji. Czy wierzycie w ewolucję? Wierzycie, że wszyscy wywodzimy się z sympatycznych glutów pływających bezmyślnie w oceanie, którym pewnego dnia wyrosły oczka i nóżki?



Uciekający królik to w zasadzie główna przyczyna tego, dlaczego siedzę teraz przy komputerze i wystukuję palcami o klawiaturę nieregularny rytm. Chyba powinnam dedykować ten wpis PurpuraChica i Antisocial, u których przeczytałam wiele przesyconych dylematami i uczuciami wpisów i zastanawiałam się, kiedy i mnie dopadnie..
Doigrałam się, dostałam za swoje i jestem teraz zmuszona napisać o czymś, o czym podczas zakładania tego bloga obiecałam sobie nie pisać.
Otóż stałam się poniekąd uciekającym królikiem. Królikiem z mokrą sierścią, bo w moim mieście ciągle pada, a ja korzystam z okazji i moknę. Właściwie to nie stałam się tym królikiem  z dnia na dzień. Jestem nim odkąd tylko pamiętam.
Może ten królik nie jest dobrym porównaniem. Może lepszym byłby słowik, który urzeka szerokie grono słuchaczy pięknym śpiewem. Chce tylko dać im tę radość ze słuchania pieśni, chce ujrzeć błysk nadziei na twarzach słuchaczy. Gdy zauważa jednak, że słuchacze są coraz śmielsi i podchodzą coraz bliżej, odlatuje, nikomu nie pozwalając się dotknąć. Fruwa z gałęzi na murek, z murka na balkon, z balkonu na szczyt stojącego na środku placu pomnika… A oczarowani słuchacze, jak zahipnotyzowani, bezmyślnie podążają za ptakiem, by tylko raz jeszcze usłyszeć jego głos.
Ale słowik, gdy widzi, jak im zależy, zaczyna mieć ich wszystkich gdzieś. Odpycha ich od siebie i znajduje innych słuchaczy, z którymi postępuje dokładnie tak samo. I choć wie, jak to się skończy, nie potrafi się powstrzymać – tak ogromną satysfakcję daje mu patrzenie w oczy słuchaczy, gdy śpiewa. Czyli, krótko mówiąc, zachowuje się jak zimny drań.
Cóż, chyba nie zasłużyłam na tak ładne porównanie jak słowik. Chyba bardziej przypominam o taką rybę:



Zwabia rybki przyjemnym światełkiem, a potem pożera je bez zastanowienia. Brawo, dziewczyno…
Dlaczego tak jest? Czy tylko ja tak wciąż robię? Powiedzcie, proszę, że nie.
Znów stanęłam przed wyborem, przed którym staję zawsze wtedy, gdy światełko przestaje świecić – pożreć delikwentów, pozostawić ich w ciemności, czy może wypłynąć z nimi w miejsce pełne światła, którym będziemy mogli cieszyć się razem? Z tej trzeciej opcji chyba jeszcze nigdy nie skorzystałam (mam tendencję do przesadzania z metaforą gdy mnie ponosi, wybaczcie).
Ale czemu by nie skorzystać? Rzekome zakochanie potrafi przyjść z naprawdę nieoczekiwanej strony, choć nie wiem, czy nie powinnam mimo wszystko tego zignorować. Może jestem za ostrożna, ale wcześniej, gdy byłam odważna i głupia, wcale nie wychodziło mi to na lepsze. 
Swoją drogą, co ma dla Was największe znaczenie gdy poznajecie chłopaka/mężczyznę? Co sprawia, że zaczynacie wiercić mu oczyma dziurę w duszy, że odwracacie głowę na każde jego słowo? Nie wiem, czy każdy tak ma, ale w moim przypadku kolosalną rolę odgrywa dotyk – chociażby na dłoni, na talii. Wystarczy że czyjś dotyk jest dla mnie przyjemny, bezpieczny, prowadzi mnie. Wówczas wspominam go wciąż i wciąż i szukam okazji by ponownie go doświadczyć. 


niedziela, 25 listopada 2012

Liebster blog - kilka dziwnych odpowiedzi



Chyba najwyższy czas, by odpowiedziała na pytania do zabawy, zadane mi przez PurpurChica. Długo z tym zwlekałam, przyznaję się. Ale jak by nie patrzeć, jestem przecież żółwiem, prawda?
Powód mojego zwlekania jest prosty - marzyło mi się zastanawiać nad tymi pytaniami w leniwe, niedzielne przedpołudnie. Nie miałam najmniejszej ochoty robić tego w dzikim pędzie, między wyczerpującymi lekcjami, a przytłaczającą lawiną zadań domowych. O nie! 

Oto i moje odpowiedzi:

1. Co blogowanie zmieniło w twoim życiu?
Na pewno dzięki blogowaniu zaczęłam czytać blogi innych osób. Wcześniej nie przypuszczałam, że może to być takie zajmujące. To tak jakby każdy zamieszczał na blogu furtkę do własnego świata, a klucz wieszał na haczyku tuż obok niej. Wystarczy minimalny wysiłek, by dowiedzieć się, co znajduje się poza ogrodzeniem. A za każdym znajdują się kwiaty, których nie można zobaczyć nigdzie indziej. 

2. Które miasto jest według ciebie najpiękniejsze?
Musiałabym zwiedzić jeszcze wiele, wiele miast aby móc jednoznacznie stwierdzić, które jest najpiękniejsze. Chyba każde miast ma w sobie coś, czy może wprawić odwiedzających w zachwyt. Uwielbiam gubić się wśród starych, brukowanych uliczek i drobnych straganów oraz siadać przy stoliczku w kawiarnii obok placu otoczonego rzeźbionymi budynkami. Bardzo podobało mi się w Salamance (Hiszpania), Rodos (Grecja) oraz w mieście Tabor (Czechy). 

Jan Żiżka - genialny dowódca z Taboru


3. Mieszka ze mną coś takiego jak młodsza siostra. Jest wyjątkowo irytująca, ale to zapewne dlatego, że zaczyna "dojrzewać". Widzę u niej zachowania i sposób myślenia, przez które sama przechodziłam i pewnie to właśnie tak mnie denerwuje.

4. Czy przyjaźń damsko-męska istnieje?
Według mnie istnieje, ale chyba nie jest łatwo taką przyjaźń znaleźć. Mam przyjaciela, który jest dla mnie bardzo bliską osobą już od kilku lat i jak dotąd nic się nie wydarzyło (i na nic się nie zanosi). Możemy bez skrępowania mówić sobie o wszystkim, jednak nie traktuję go jak przyjaciółki. Nigdy nie jestem o niego zazdrosna, nie stawiam mu granic, nie wymagam bezwzględnej wierności czy czegoś takiego. Jest jedyną taką osobą w moim otoczeniu i to czyni go dla mnie wyjątkowym. Jest to również jedyny chłopak, z którym udało mi się utrzymać przyjaźń przez tyle czasu. Moja "przyjaźń" z innymi chłopakami jest jak ogień - czasami przygasa i ledwie się tli, a czasem bucha dzikim płomieniem.

5. Który serial polecasz? 
O rany... Obecnie nie oglądam chyba żadnego, przynajmniej nie regularnie. Zawsze lubiłam "Dr. House'a" (tak to już jest, jak ma się 7 lekarzy w rodzinie), "Przepis na życie" (bo takie seriale potrafią być naprawdę wciągające) i "Bez tajemnic" (odkąd tylko pamiętam interesuje się psychologią). 

6. Imiona, które będą nosić Twoje dzieci, to...? :D
Mam słabość do imion na W; Wiktoria, Weronika, Wiktor. Pewnie dlatego, że kojarzą mi się z filmami najcudowniejszego reżysera wszech czasów - Tima Burtona :)

7. Często wspominasz wspominasz przeszłość czy raczej wybiegasz w przyszłość?
Rozpamiętuję minione zdarzenia i zastanawiam się, co by było, gdyby przebiegły inaczej. A potem zastanawiam się nad ich możliwymi konsekwencjami w przyszłości. Chyba wszyscy tak robią. Jednak mimo wszystko chyba bardziej lubię powracać do tego, co było i starać się przeżyć kolejne chwile warte wspominania.

8. Co myślisz o końcu świata?
Myślę, że nie nastąpi w tym roku. Jednak na wszelki wypadek postaram się 21 grudnia spędzić dzień z osobami, które bardzo lubię. Na wszelki wypadek. Jeśli coś zacznie się dziać, będziemy mogli razem mieć to gdzieś ;p

Wizje końca świata potrafią być naprawdę spektakularne...



9. Czy spełniło się kiedyś coś, co Ci się przyśniło?Tak, i to nie raz. Choć zazwyczaj nie spełniało się to bezpośrednio. Np. przyśniło mi się kiedyś, że mnie i mojemu chłopakowi kazano zbierać grzyby na dnie morza. On zakończył zbieranie wcześniej i odpłynął, zostawiając mnie. Pomijając cały absurd tej sceny, mój chłopak po tygodniu naprawdę mnie zostawił. Innym razem przyśniło mi się, że jedna z moich koleżanek została zabita, a jej ciało zjadły hieny. W rzeczywistości, po jakimś czasie z nieznanych mi przyczyn bardzo się zmieniła. Można powiedzieć, że "umarła" w niej poprzednia osobowość. 
Staram się zapamiętywać swoje sny i często nawet je spisuję. Gdy czytam je po dwóch latach, wydaje mi się nieprawdopodobne, że coś takiego mogło mi się przyśnić. 

10. Co byś chciała zmienić, aby innym się lepiej żyło?
Nie wiem, czy jest coś, dzięki czemu wszystkim żyłoby się lepiej. Zlikwidowałabym pojęcie pokoju, bo jest częstym powodem sporów. Unikałabym pojęcia szczęścia, bo wzrasta ilość ludzi, którzy w kółko narzekają, że go nie mają. Tak samo denerwujące jest pojęcie bogactwa - słowa, na które wielu ludzi reaguje skrzywieniem i niechęcią oraz czas, za którym wszyscy tylko gonią i gonią. Nie wiem, nie wiem co bym zrobiła. "Jeśli jednemu się pokłonisz, to do drugiego się wypniesz". Zawsze coś będzie nie tak.




11. Co myślisz o matematyce?Matematyka jest czymś, czego według mnie nie da się wyłącznie uczyć. Można wiedzieć, albo nie wiedzieć. Dowiedzieć się można jedynie pojęć, reguł, reszta to chyba intuicja, albo raczej logika. Nigdy nie miałam z nią problemów, ale też nigdy jej nie lubiłam.


PurpuraChica, wybacz, że odpisuję dopiero teraz. Oto moje pytania, na które również możesz odpowiedzieć ;) Swoją drogą dziękuję Ci, bo zastanowiłam się nad rzeczami, nad którymi nie zastanawiałam się od dawna.

1. Czy ktoś z Twojego otoczenia zna adres Twojego bloga?
2. Co myślisz o reinkarnacji?
3. Twoja ulubiona roślina to...?
4. Opisz smak potrawy, bez której nie możesz żyć.
5. Czy starasz się spełniać jakieś swoje "wielkie marzenie"? Jeśli tak, to jakie?
6. Film lub książka, która według ciebie może być wskazówką do tego, jak żyć?
7. Jakiej decyzji nie żałujesz w najmniejszym stopniu i nigdy byś jej nie zmienił/a?
8. Jaką postać podziwiasz?
9. Co daje Ci siłę i motywację?
10. Jeśli miałabyś/miałbyś przeprowadzić się do innego kraju, jaki byś wybrał/a i dlaczego?
11. Co najczęściej robisz, gdy masz kilka godzin wolnego czasu?


środa, 14 listopada 2012

Spod rynny na deszcz


         
Adele – Set fire to the rain

            Wiem, że ta piosenka tak naprawdę nie jest o deszczu, ale mimo wszystko może z deszczem się kojarzyć. Skąd przyszedł mi do głowy pomysł pisania o deszczu? Nie wiem właśnie. Za oknem wcale nie pada, a piosenkę Adele włączyłam dopiero po tym, jak zasiadłam przed komputerem. Może to dlatego, że gdy czuję się nieco przygnębiona, zaczynam myśleć o deszczu i – paradoksalnie – mój humor ulega poprawieniu.
            Bardzo, bardzo lubię deszcz. Jego zapach, szum kropel odbijających się od liści, mojego wściekle różowego parasola i kurtki, delikatny, mokry dotyk na skórze, ustach, wilgotne włosy… Gdy deszcz zaskakuje mnie na spacerze, zazwyczaj zaczynam się uśmiechać. Wiem, że nie tylko ja tak mam. Gdy spoglądam na mijających mnie ludzi, zauważam czasami, że i oni się uśmiechają. Tak jakby deszcz zmywał z nas troski i dylematy kolejnego dnia, który trzeba gonić. Deszcz pozwala nam się zatrzymać. Deszcz to katharsis.
            Może wszystko to dlatego, że mam po prostu miłe wspomnienia związane z deszczem. To trochę jak z przyzwyczajaniem zwierzaka do np. samochodu, dzieci, ludzi chodzących o kulach. Trzeba wówczas zadbać o to, by zawsze w pobliżu tych obiektów (tudzież osób) spotykało naszego zwierzaka coś miłego – jedzenie, zabawa, ciekawe miejsce. Wówczas zacznie on „lubić” samochody, dzieci, czy też ludzi chodzących o kulach. Mnie deszcz kojarzy się z dużą przestrzenią, z dobrą wiadomością, z pocałunkiem, z ciepłem, z zapachem bzu i żywicy…
            Jeśli mam być szczera, to nie pamiętam, by się z kimś w czasie deszczu pokłóciła. Opinia głosząca, że w miejscach, gdzie często pada, łatwiej wpaść w depresję, również okazała się fałszywym stereotypem, co widać np. na przykładzie Danii, która według badań jest „najszczęśliwszym” krajem w Europie.
            Cóż, gdy w najbliższym czasie zacznie padać, wszystkim radzę – WYBIERZCIE SIĘ NA SPACER!  ;)